Dlaczego nie chcę matury – 28.03.2020 r.

My, tegoroczni abiturienci, zostaliśmy ofiarami politycznej rozgrywki rządzących.

Grupka licealistów udostępniła wczoraj (w piątek 27 marca) na stronie naszademokracja.pl list maturzystów do rządu. „Wyrażamy ogromne zaniepokojenie brakiem konkretnych planów dotyczących przeprowadzenia egzaminów maturalnych. W sytuacji pandemii (…) która niewątpliwie odciska piętno na całym społeczeństwie, przystępowanie do matury byłoby narażeniem wielu uczniów i uczennic, a także nauczycieli i nauczycielek, członków komisji na ryzyko zakażenia” – czytamy w piśmie. Autorzy dodają, że skutkiem zamknięcia szkół są ograniczone kontakty z nauczycielami i chaos spowodowany niską efektywnością zdalnych lekcji.  

W ciągu kilku godzin pod listem podpisało się blisko 3 tysiące osób. W tym ja. 

Maturalna tresura

Od początku gimnazjum „programowano” mnie na maturalny stres. Na lekcjach nauczyciele często komentowali: „to się wam akurat przyda na egzaminie”, albo: „teraz mnie słuchajcie, bo to będzie na maturze”. Nie, nie chodziło nawet o to, by coś umieć pod kątem wybieranej już na studiach specjalizacji. Trzeba było „wkuć”, „przerobić” to, co będzie „potrzebne”: ze ścisłych nauczyć się schematów wykonywania zadań, z humanistycznych – zakuć daty albo wyuczyć się szablonów wypracowań. Nauczycieli ta szkolna rzeczywistość frustruje, uczniowie – wystarczająco „upupieni” – nawet nie próbują się buntować. Kreatywnością mogą się pobawić co najwyżej katecheci i katechetki, bo i tak nikt ich raczej nie słucha.

Trenuje się więc nas do tej matury. Tresuje. Musimy się nią stresować, bo to przecież „nasz egzamin dojrzałości”! Z ucznia robi się psa Pawłowa, któremu ślinka cieknie na samą myśl o dobrym wyniku. Bo jak będzie dobry, to nie tylko można się już nazwać „dojrzałym”, ale i pójść na studia, po których dostanie się świetnie płatną pracę.


Czytaj także: Szkoła zdziecinniała – rozmowa z Krzysztofem Katkowskim


Mity, którymi obrasta matura, wydają się oczywiście absurdalne, ale są żywotne. Ten egzamin ma sprawdzić, ile w ogóle nauczyliśmy się w trakcie naszej szkolnej edukacji. Zgodnie z prawem oświatowym to potwierdzenie ukończenia szkoły średniej. 

Cóż, ja akurat należę do kolejnego już rocznika, który może mieć jakiś problem z odhaczeniem tego świętego egzaminu. Rok temu była to wina rządzących, którzy postanowili radośnie olać strajkujących nauczycieli. W tym roku – „wina” epidemii, która zablokowała praktycznie wszystko. Ba, nagle nawet egzaminy przestały być już tak istotne, jak nam wpajano. Szacowny minister Piontkowski uważa, że „ta przerwa nie powinna zakłócać przebiegu roku szkolnego”. Ale, żeby zbytnio wyborców nie urazić, Pan minister zastrzega, że „jeśli przerwa zostanie wydłużona, to wtedy będziemy podejmowali decyzję”.

Pytam: czy ten święty egzamin ma rzeczywiście jakieś znaczenie? Nasze matury są przecież ściśle związane z wyborami: jak odwołają jedno, to odwołają i drugie. Zostaliśmy mimowolnie ofiarami politycznych rozgrywek, na które i tak nie mamy większego wpływu.

Przyroda i polityka

– Wiesz, mnie to strasznie denerwuje. Ciężko pracuję cały rok, w wakacje miałem jechać na kurs z fizyki pod kątem studiów. Zaraz zaczyna mi się rekrutacja na studia za granicą. To jak mam niby zmieścić się w dedlajnach wyznaczonych przez uczelnie? – mówi mi Jeremi, przyjaciel z klasy. 

Otrzymał już oferty od kilku zagranicznych szkół. I to na kierunki, o których marzył od pierwszej klasy liceum. Teraz nie ma pojęcia, czy nie będzie musiał wziąć gap year i aplikować za rok.

Podobne głosy można było usłyszeć także rok temu, podczas strajku. Część uczniów próbowała nawet powstrzymać pedagogów. Możemy się z takim podejściem zgadzać lub nie, ale wtedy przynajmniej można było zrobić cokolwiek.

Osobna sprawa to e-learning, zdalna praca, w gruncie rzeczy dość fikcyjna. – Gdyby nie moja córka, nie uruchomiłabym nawet tych cholernych webinariów dla nauczycieli – powiedziała mi pani Katarzyna, nauczycielka w jednym z podwarszawskich liceów. I dodała: – Nie jesteśmy przecież w ogóle przygotowani, aby prowadzić lekcje na wideo. Serwery są przeładowane, wielu uczniów takie przygotowania po prostu olewa. Owszem, możemy podsyłać im zadania, ale skąd pewność, że wykonają je sami, a nie przepiszą z internetu?

Przed tym „oficjalnym wejściem w dojrzałość” trafiłem więc – podobnie jak większość moich rówieśników – do krainy absurdu, jaki oferuje nam polskie państwo. Myślę, że najgorsze w tym wszystkim jest to, iż trudno gdziekolwiek dać upust swojej niemocy. Rok temu mogliśmy narzekać na rząd, mogliśmy strajkować. Teraz musimy ulec naturze. Możemy ponarzekać, poobserwować różnorakie bareizmy czasów zarazy, jak prowadzenie zajęć WF-u przez wiadomości na Librusie. Ale realnie możemy niewiele.

„Żal mi tych dzieci, żal nauczycieli, żal umęczonych tym szaleństwem rodziców” – pisze w „Więzi” Edyta Sabicka. Nie, raczej nie czuję się umęczony. Po prostu bezsilny, poddany dwóm odległym siłom, na które nie mam wpływu. Przyrodzie i polityce.

Chcemy wiedzieć 

Tymczasem o „egzaminie dojrzałości” nie wiadomo nic. Raz straszy się nas plotkami, że będą we wrześniu. Innym razem, że już za chwilę, w maju (akurat żebyśmy mogli pozarażać swoich dziadków). Nie wiemy więc, jak rozplanować sobie kalendarz nauki. A może w tym roku matury będą takie same jak lekcje? To znaczy: ktoś je wpisze do protokołu, ale tak naprawdę będą fikcją? 

Tak, jestem świadom, że to, co się dzieje, przerasta oczekiwania wszystkich. Ale oczekuję przynajmniej jednego: by powiedziano nam, czego mamy się spodziewać. Takie oczekiwanie na pięć tygodni przed początkiem egzaminu nie jest chyba przesadzone?

Poza wszystkim cała ta epidemia jest dla nas i tak lekcją oraz egzaminem: może nie z matematyki, ale przynajmniej ze społecznej dojrzałości. Z tego, czy będziemy potrafili pomóc starszym i potrzebującym. Przedłożyć dobro tych z grup ryzyka nad nasze. Mam nadzieję, że wszyscy zdadzą przynajmniej ten egzamin.

Co do nas, maturzystów, dzisiaj wiem tylko jedno: z „najdłuższych wakacji w życiu” nici. Za jakiś czas pojadę najwyżej na rower. W miejsce, w którym zgromadzą się nie więcej niż dwie osoby.

źródło:https://www.tygodnikpowszechny.pl