JAKUB STOPKA-BRZYSKOWY – wiersze


***
Pozbawione spontaniczności bure gołębie
obojętnie gruchają na drucie elektrycznym.
Lecz ktoś puścił kablami prąd,
a z gołębi zrobiły się kolorowe papużki.
Poleciały świergocząc radośnie,
aby wpadać ludziom do domów,
do codzienności szarego życia i
dodawać nasiąkniętą barwami
nieprzewidywalność.
Ale jak wpadły przez moje okno,
do życia pozbawionego kolorów,
do codzienności ślepca,
nieprzewidywalnie
zastrzeliłem papużki, gruchając obojętnie.

***

Wyjmuje pędzel drżącą ręką
maluje kolorowe uśmiechy
na sepiowych twarzach z fotografii.
A w moich smutnych oczach błyszczą
ukryte przed światem szklane łzy.
Czemu mnie tam nie ma?
Pytanie wciąż szumiące
w głuchej ciszy pustego pokoju,
docierające echem do osieroconego serca.
Przecież zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia.
Tam tata obok mamy siedzi przytulając ją.
Siostra patrzy w klisze figlarnymi oczętami,
a tutaj miałem stać ja
gdzie teraz świeci pustka na tle białej ściany.
Oni żyją dalej w tym zastygłym obrazku
bez czasu zmartwień i bólu.
We własnym małym świecie.
Ułożonym z prostoty miłości.
Nie widzą mnie, a może wcale nie chcą,
bo smutku człowieka nie uwiecznia się na fotografii.
Czy Oni chcieliby, tak naprawdę mieć na zdjęciu
bezgłośny lament śmierci własnego syna.

***

Bosy Anioł
Zawołał go po ciuchu Bóg.
Struchlało słabe aniele serce,
zaczęło drżeć jak struny kontrabasu
melodyjnym basem muskające ucho przechodnia.
A w szarych myślach tylko gęsta mgła,
i skraplające się kropelki – święte łzy,
z krwi i potu walczących powstańców,
co małą wojną rozgorzeli w sercach.
Żałobna muzyka skrzypiec stała się zwykła,
jak proste i znane są grzechy.

*

Musisz już iść przyjacielu,
choć i tak płakać będzie tylko niebo,
na bosych stopach przez szkło.
Wędrujesz po pustych ulicach,
patrząc z wyrzutem na wydeptany bruk,
jakby to on sam kazał,
kazał Ci pójść między tych, którzy
płaczem owijają twoją starą tunikę,
szyjąc mokrymi nićmi żalu,
łatając dziurę we własnym sumieniu.
Musisz już iść aniele.

*

Gdzie podziała się radość,
zwykły uśmiech dziecka do gwiazd, co nocy?
Pocałunek pełen życzeń i nadziei?
Wesele z bukietami pachnących róż,
orszaki ludzi ciągnące się przez miasto,
śpiewając wesołe pieśni dla nowożeńców?
Pan młody ostatni raz popatrzył na żonę,
Ziściły się świeckie marzenia człowieka.
Spalił je Pan świętym ogniem,
a szary dym zaczął spowijać błękitne niebo.
Złączyło się wesele z kordonem żałobników,
z krzyżem na czele czarnej procesji
i ta spuszczona głowa Chrystusa z kropelką krwi
On patrzy spod cierni jak
kwiaty na trumnę rzuca panna młoda,
ostatni raz całując mokry od deszczu heban.

*

Widzisz i nie płaczesz.
O bosych stopach idziesz za nimi w oddali,
nucąc ostatnie słowa umarłego.
Symfonia jesiennych lamentów
poderwała do lotu tysiące liści,
zapłonęły znicze na grobie.
A głucha cisza objęła swoim całunem czarne suknie.
Krążyły spopielałe skrawki zgubionych marzeń
między zdejmowanymi cylindrami na niemy hołd.
Zajaśniały płomienie w sercach,
zimne i blade, pierwszy raz aż tak ludzkie.
Ostatnie liście złotym płaszczem przykryły ukochanego .
Tak chciał Pan, mówi żona przez gorycz.
I zgasł płomień w jej pustym sercu,
a ostatni dzwoń skończył jesienny koncert
i tylko jeszcze deszcz wybijał smutną melodię,
porywając statki zrobione z zaproszeń ślubnych,
których uczepiły się mokre od łez wspomnienia.
Spadały powoli do kanału z obojętnością,
jaka malowała się na Twojej twarzy.

***

Na pustym peronie stoi pociąg.
Choć nie wiem gdzie jestem i dokąd on jedzie.
Może pojadę, a czemu by nie?
Więc wsiadam do wagonu,
lecz miłość właśnie wysiadła,
trzaskając czerwoną walizką o schodki,
pełną baloników, co wyleciały zaraz po otwarciu.
Szczęcie pomyliło perony,
jest ostatnio strasznie zabiegane
bo każdy chce je mieć.
Wiara nie kupiła nawet biletu,
bo szczerze mówiąc, zwątpiła już w ludzi.
Cóż, więc muszę jechać bez nich.
W przedziale są moi przyjaciele:
smutek, jak zawsze siedzący przy oknie,
melancholijnie spoglądając na bure pejzaże,
żal patrzy na mnie ze łzami,
co ja mu znowu takiego zrobiłem?
Ból wciąż wbija mi łokieć w bok,v
tłumacząc z uśmiechem, że ma mało miejsca.
Tylko ona, spokojna i zawsze obecna,
staruszka z przedawnioną gazetą – nadzieja.

***

W cierpieniu Ojczyzna moja, co jest jak zdrowie!
Idę cicho, bym kroków swoich nie słyszał,v
bym siebie i innych nie zawiódł,
nie teraz.
O jakże piękne jesteś cierpienie!
Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto Cię posiada.
Nie zakłócę tej wyjątkowej ciszy nastającej po śmierci człowieka.
Tak lepkiej, ciągliwej, obklejającej drzewa i samochody,
zalepiającej dzwony na kościołach i usta zwilżone łzami,
co ucisza płacze i jęki żałosne świata.
Dziś piękno two w całej ozdobie widzę i opisuję, bo jestem przy tobie.
Odchodzę,
sam
samotny
w samotności.
Bo nie chce zostać na własnym pogrzebie.
O jakże piękne jesteś cierpienie!
Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę ofiarowany, nigdy żem Bogu nie dziękował.
Tyś przyszło na moją uroczystość,
pierwszy raz obiełoś naraz wszystkich tam stojących,
opuszczając mnie i każąc patrzeć z obojętnością w oczach,
jak rodzinnie stoją w okręgu wokół chłodnej dziury w ziemi.
Tak mnie cudem zabierasz z ojczyzny łona.
O jakże piękne jesteś cierpienie!
Musiałoś ze mną żyć,
musiałoś ze mną biedować,
musiałoś ze mną kochać,
a teraz musiałoś dać mi odejść, po tym wszystkim.
Wiem, żeś gościnne i wszystkich w gościnę zapraszasz!
O jakże piękne jesteś cierpienie!

***

Byłoby tak pięknie
aż nieosiągalnie
gdybym nie był zmuszony
wychodzić wśród krwi
jęków konwulsji ciała
obmyty łzami na rękach
drżących od bólu
za małą dziurką
wyciskać się
jak końcówka zużytej pasty
jedno
życie
za duże na nią – bo moje
choć dobrze że dupą
nie musiałem
bo i tak wystarczająco
gówna jest
tu i teraz
Tak
drwij krzycz
rwij włosy z głowy
nienawidź
mów co chcesz
jestem egoistą
lecz niezwykłym
bo wpajanym od dzieciństwa
tak troskliwie pielęgnowanym
powiem ci mój świecie
choć tylko milczenie
zostało
że nie żałuję
tego co powinienem
tego co
Ty
chcesz abym żałował
JA
JA
JA
ale teraz skłam że
u ciebie
jest inaczej
choć może jedno
JA
ważniejsze od drugiego
pustka jak tak ta
przed stworzeniem
moja ulubiona
bo taka wytęskniona
i potem dopiero Bóg
TY
OnOnaOno
ci inni także
zapomniani
całe stworzenie
T
A
K
N
I
E
odpowiedz
błagam
proszę jak pies
nie wiem
nie chce
JA
niezmuszany więcej do
ŻYCIA

***

Ostatni lot białego puchu nasion brzozy
przed ścianą deszczu.
Rejs po nabrzmiałym suchym powietrzu.
W podmiejskiej winnicy bal.
Taniec kobiety na pustym parkiecie
do muzyki budzącej się przyrody.
Przelotny uśmiech,
szczęście osiadłe na ciepłych wargach.
Ostatni wonny oddech przed nadejściem burzy.
Wolność życia, ta najprostsza.
Grom rozdarł nożem ciało nieboskłonu,
jej skórę,
mokrą już od strumyków rudej krwi,
podążającej do nikąd.
Może szukają drogi powrotnej do domu.
Przynajmniej próbują.
Trawa ugina kark pod naporem deszczu,
który zaczął padać kroplami namiętności.
Wytrawne krwawe wino broczące z krzyczącego ciała.
Grzmot obłąkania.
Jęk zapomnienia
i tylko gorzki smak w zimnych ustach.
Słowik śpiewa na obumarłym drzewie,
a pod nim ostatnie tchnienie zmęczonego serca.
Mama nie nauczyła go kochać,
a życie tylko zabijać.
Pokochał ją swoją Kainowską miłością.
Mlecze schowały płatki próbując być ślepe.
Najłatwiej jest zamknąć oczy,
choć na powiekach ból.
Czarne chmury zdusiły słońce,
jak on objął rękoma jej szyję.
Grzmot spełnienia.
Nieoczekiwany upadek człowieka
zamknięty w strugach wody.
Duchota zapanowała w winnicy.
Pod wyschniętym drzewem obmywanym przez deszcz,
martwe ciało otoczone kwitnącymi stokrotkami.
Huk wystrzału.
Głuchy trzepot skrzydeł słowika.
Cisza.

***

Uczymy się, jak siebie nienawidzić.
Przeklinać pieszczotliwymi słowami.
Przez całe ż
ycie,
z każdym oddechem.
Jak lać truciznę w nasze połączone żyły,
zatruwając się razem.
Też prosto do serca, na zabój.
Do głowy, na słodki obłęd w oczach.
To taka ludzka zabawa wymyślona przez Boga.
Jak dziecko we mgle bawię się w nią z Tobą.
Z każdym dniem i twoją łzą w poduszce.
Zbliżam się powili do wygranej,
nie spiesząc się.
Ty prosisz bym robił to szybciej,
udając, że mniej boli.
Uczysz się jak z tym żyć, z krwią w ustach.
Wypluwasz i sprzątasz, by nikt nie widział.
Dlaczego nikt ma nie widzieć jak strasznie upadłem?
Uczę się jak żyć, z obolałymi kostkami.
Prometejskie poświęcenie, ale bez żadnego ognia,
a tylko piecze w skórę.
Jakie to uczucie?
Nie masz prawa czuć, bo przysięgałaś,
przede mną, Bogiem i innymi.
Ja obojętność przysięgałem.
Ale my tylko uczymy się jak żyć.
Dzień za dniem, miłością za miłością.

***

Miłość ukryta w śmierci, a ona w niej.
Tak tkwią w sobie
jak kochankowie lub kula w głowie.
Namiętnie całujesz w parku
zatrzymał się czas
pociągasz lekko za spust.
Przytulasz ją do siebie
na tę krótką ulotną chwilę
przykładasz lufę delikatnie do skroni.
Pierwszy raz łapiesz ją za rękę
ściskając mocno jakby ostatni raz
kolbę pistoletu za rękojeść.
Kupujesz jej róże na bazarze obok domu
wybierasz te najpiękniej skrzące się w słońcu
naboje i ładujesz powoli do magazynku.
Kolejne z rzędu spotkanie z nieznajomą
z nutką słodkiej niepewności
pijesz kolejny kieliszek gorzkiej wódki.
Poznałeś kogoś nowego na ulicy
rozpoczynasz kolejny etap w życiu
wiedząc że nie ma już dla ciebie nadziei.
Wciąż łudzisz się, że masz wybór.
Jedną decyzją mniej lub więcej, może uśmiechem losu,
a ja karmie się tym kłamstwem razem z tobą.
Tak po prostu, bo to jest bardziej ludzkie.
Lecz ty całujesz, a ja strzelam.